Liceum ich matmy nie nauczyło, więc uczelnie się męczą
Wśród kandydatów na studia zdarzają się tacy, którzy mają problemy z... liczeniem/ fot. Jacek Babiel AG
Kandydaci na studia matematyczno-przyrodnicze mają problemy z matematyką i fizyką! Do organizowania przyszłym inżynierom zajęć wyrównawczych z tych przedmiotów zmuszone są niemal wszystkie uczelnie.
Jak wszyscy świeżo upieczeni studenci PŚ, już w pierwszych dniach nauki Damian został wezwany na test sprawdzający wiedzę matematyczno-fizyczną. - Wyniki były opłakane! Chociaż wykorzystaliśmy te same zadania, które przed laty rozwiązywali uczniowie szkół średnich, a do wyboru były odpowiedzi a, b i c, tylko mniej więcej 1,5 tys. ze wszystkich 5 tys. studentów sobie poradziło. Inni zdobywali zaledwie po dwa-trzy punkty na 10 możliwych! - mówi prof. Marian Urbańczyk z Wydziału Matematyczno-Fizycznego PŚ.
Tym, którzy polegli, politechnika zaproponowała 10 godzin zajęć wyrównawczych. Oprócz wytypowanych studentów zgłosili się także ci, którzy w teście wypadli lepiej, ale mimo to uznali, że potrzebują pomocy.
Prof. Urbańczyka wcale to nie dziwi. - Poziom przedmiotów ścisłych w szkole ponadgimnazjalnej jest niski. Absolwenci nie znają logarytmów, rachunku różniczkowego. Bez tego nie potrafią odnaleźć się na studiach - przekonuje.
Zdaniem dr Piotra Gawrona, prodziekana ds. studenckich Wydziału Matematyczno-Fizycznego PŚ, wśród kandydatów zdarzają się tacy, którym problemy sprawia nawet... liczenie. - Dziś mało kto liczy w pamięci, bo są kalkulatory i komputery. Młodzież uczy się metodą "trzech z": zakuć, zdać, zapomnieć. A w matematyce braki w jakiejkolwiek dziedzinie uniemożliwiają zrozumienie kolejnych partii materiału - twierdzi dr Gawron.
Jego zdaniem problemy zaczęły się, odkąd matematyka przestała być obowiązkowa na maturze, a materiał w szkołach stopniowo obcinano. - Nauczyciele pobłażliwie traktowali uczniów, którzy sobie z nim nie radzili. W rezultacie współczesny absolwent szkoły ponadgimnazjalnej wie o matematyce tyle, ile ósmoklasista w latach 70. i 80. - mówi dr Gawron.
Kursy wyrównawcze cieszą się olbrzymią popularnością także na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii czy na Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego. - Są niezbędne, bo już na pierwszych ćwiczeniach okazuje się, że studenci nie mają pojęcia o indukcji, nie mówiąc o funkcjach. Zanim nadrobią zaległości, mija pierwszy semestr - wzdycha prof. Maciej Sablik, dziekan WMFiCh.
Dodaje, że młodzi ludzie przyzwyczaili się do programów komputerowych, które za jednym kliknięciem dają gotowy wynik. - Mało kto pomyśli, że nim taki program powstanie, jakiś specjalista musi spędzić wiele godzin, by go napisać - mówi prof. Sablik.
Bez zajęć wyrównawczych nie mogą się już obyć prawie żadne studia matematyczno-przyrodnicze i techniczne. Specjalne kursy prowadzą m.in. katowicka Akademia Ekonomiczna, bielska Akademia Techniczno-Humanistyczna, a nawet niepubliczne: Gliwicka Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Wyższa Szkoła Biznesu z Dąbrowy Górniczej.
Dlaczego więc zachęcają do trudnych kierunków słabych kandydatów? - Bo mocnych nie mamy. Wszyscy kończą takie same licea i technika, z których wynoszą niewiele. A miejsca na studiach trzeba zapełnić. Jakichś inżynierów przecież w kraju mieć musimy - wyjaśnia jeden z profesorów PŚ.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice















